- Gdzie jesteś...
Magiczne berło, które trzymała w dłoni ciągle oświetlało jej drogę. Mroczny las i migoczące w nim cienie sprawiały wrażenie żywych istot. Niczego nie mogła być pewna. Nie tutaj.
Zużyła wiele zasobów magii by dostać się do Pustki niepostrzeżenie. Od paru już godzin przedzierała się przez nie znaną jej dotąd krainę leśnej puszczy. Rozglądała się ostrożnie wokół nadstawiając uszu. Nie pamiętała jak wiele razy była już zaatakowana przez mroczne stworzenia. Trupy , które za sobą pozostawiała trudno było zliczyć. Samodzielna walka była jednak bardzo wykańczająca. Słabła. A każdy kolejny krok wcale nie zbliżał jej do celu.
Za każdym razem trafiała w inne miejsce. Czuć było, że komuś bardzo zależy na zdezorientowaniu przybyszów. Jego ukochana pustka nie mogła być zbezczeszczona przez plugawych ludzi i ich brak wiedzy o niej. Wiedziała, że osłona, która nałożył należała do niego. Tylko Solas był w stanie uwolnić tak ogromnie potężną dawkę magii. Szczególnie w jego obecnym stanie.
- Amanes látha, Solas – wyszeptała cicho. (Gdzie jesteś)
Odkąd widziała się z nim ostatni raz wiele się zmieniło. Morrigan uratowała jej rękę magią leczniczą, którą pozyskała po zanurzeniu się w wodzie starożytnych elfów. W obecnej sytuacji była wdzięczna, że to właśnie ona doznała tego zaszczytu. Myśl o obecnej potędze, którą dysponował Solas była wystarczająco przygnębiająca. Jednak wciąż widziała szanse, której nikt inny nie chciał zobaczyć.
Solas nie jest potworem. Nie ważne czy jest pradawnym Elfim buntownikiem, Straszliwym Wilkiem to wszystko nic nie znaczące tytuły. Był kimś więcej. Znacznie więcej.
Zatrzymała się. Rozmyślając nad tym wszystkim nie zauważyła jak pojedyncza łza spłynęła powoli po jej policzku. Dotknęła jej opuszkiem palców. Ból nie ważne jak bardzo tłumiony zawsze znajdywał ujście. Ten, z którym musiała sobie radzić rozdzierał jej serce i jednocześnie motywował do dalszych poszukiwań.
Po chwili poczuła jak ogromna siła uderza w nią zza pleców. Odepchnęło ją na kilkanaście metrów powalając po drodze suche gałęzie drzew. Kaszlnęła krwią dławiąc się powietrzem. Czuła jakby coś rozrywało jej płuca.
- Przeklęty drań – warknęła, bluzgając na siebie w myślach za nieuwagę.
Krzyknęła zaklęcie uderzając berłem o ziemię. Ogromna łuna jasnego światła rozświetliła sporą część lasu. Wraz z rozbłyskiem ukazały jej się chmara pajęczych oczu. Podniosła się, stając pewnie na nogach.
- Chodźcie tutaj, nie mam czasu się z Wami bawić – krzyknęła posyłając lodowe pociski w ich stronę.
Uderzała raz za razem, ale pojawiające się nieustająco stwory zaczynały ją otaczać. Magia powoli ją opuszczała a każde następne zaklęcie było coraz to słabsze. Obraz przed jej oczami migotał. Oddychała ciężko starając się nie stracić koncentracji. Tylko ona utrzymywała resztki jej obrony.
- Skąd Was tyle w tym jednym miejscu!
Światło, które wyczarowała zaczynało gasnąć coraz to bardziej. Widząc to wiedziała, co to znaczy. Energia magiczna zaraz się skończy, a wraz z nią jej szansa na ucieczkę z Pustki. Odskoczyła w bok unikając trującego kwasu. Pająki atakowały ją nieprzerwanie a jad, którym starały się ją trafić powoli dosięgał celu. Czuła jak ziemia pokryta toksyną wypala jej stopy. Zagryzła zśby starając się nie krzyczeć z bólu. Odpierała ataki już niemal samym magicznym berłem otoczonym reszta magicznej mocy.
Zaczynała ogarniać ją panika.
To nie mogło się skończyć w taki sposób. Tyle razy próbowała go znaleźć, ale wszystkie próby były na próżno. Tym razem mogło okazać się, że Wielka Inkwizytorka umrze sama bez otaczającej ją armii. Zabita przez demony z Pustki, którą niegdyś zamykała przed światem. Oparła się o berło podtrzymując na nogach. Nie miała już siły. Szelest poruszający się nóg pająków dochodził już zewsząd. Musiała trafić na ich gniazdo. Krew kapała strumieniem na ziemię a ciężkie odrętwienie przelewało się w jej ciele. Resztki magii oświetliły jednego z nich nim zupełnie zgasła.
Po chwili jeden z potworów rzucił się na nią z głośnym jazgotem wynurzając kły. Wypuściła powoli powietrze zamykając oczy. Światło zniknęło.
- Żegnaj – powiedziała cicho.
Huk i dziwna aura magiczna ponownie rozświetliła las I potwory. Była jednak o wiele potężniejsza niż ta, która sama utworzyła. Ogromna fala światła rozbłysła niczym słońce. Szpiczaste uszy dziewczyny poruszyły się wychwytując dźwięk pojawiającego się portalu. Chwilę później czuła jak coś chwyta ją za ramiona i wciąga do tyłu. Nie upadła jednak na ziemię a po chwili krótkiej nieważkości poczuła coś miękkiego.
Leżała na łożu pełnym miękkiej satyny a wokół widniały kolumny i piękne winorośla. Wodospady otaczały bogato ozdobna salę, na ścianach której widziała znajome malowidła. Mimowolną ulga i ekscytacja przyspieszyły bicie jej serca.
- Jednak postanowiłeś się pojawić.
- Witaj, vhenan – niski głos przeszył jej ciało na wskroś.
Spojrzała w bok na stoicko stojącego maga z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W rękach trzymał jej berło, które po chwili otworzył obok łóżka. Usiadł na skraju odsuwając strzępy jej zbroi. Zmarszczył brwi.
- Wiedziałem, że szukasz mnie w Pustce. Sądziłem jednak, że zrezygnujesz i zaprzestaniesz poszukiwań. Vhenan... każdy kto wejdzie do Pustki trafi w jej najgorsze części pozbawione duchów. Mogłaś umrzeć.
- Umieram każdego dnia – powiedziała ciężko – Zdjąłeś ze mnie jarzmo niewolnictwa. Istnieją jednak rzeczy, których nawet Ty nie jesteś w stanie wytłumaczyć.
Widziała jak wyraźnie posmutniał, jednak szybko opanował to uczucie. Solas ściągał z niej resztki zbroi, której części były pokryte jadem pająków. Jego dłonie nie zareagowały w żaden sposób na jad. Nie odezwała się ani słowem, gdy zostawił wyłącznie delikatna skąpą suknie. Łatwo można było dostrzec wszystkie zaokrąglenia, które skrywała. On jednak skupił się na leczeniu jej ran szepcząc zaklęcia. Nie zmieniało to jednak faktu, że by to zrobić musiał ją dotknąć. Tkwili w ciszy nie chcąc w żaden sposób zakłócać tej chwili. Dotknął jej stopy podnosząc powoli jej nogę na wysokość swojej twarzy. Ku jej zaskoczeniu pocałował jej ranną część a ból, który jej towarzyszył znikł niemal zupełnie. To samo uczynił z drugą. Nie mogła powstrzymać lekko zaczerwienionych policzków.
- Solas... – wyszeptała, wiedząc, że długo nie wytrzyma jego dotyku.
Jasne włosy dziewczyny rozłożyły się niczym promienie na pościeli a blade lico, nie skryło rumieńców, które nie uszły jego uwadze. Widział to, ale mimo tego nie chciał się zatrzymać.
Noc, którą rozświetlał księżyc kładła półmrok na twarzach dwojga elfów. Jasna woda wodospadów dalej wytaczała równy i powtarzalny dźwięk uderzeń wody. Ruiny, w których obecnie przebywał Solas musiał należeć do jego dawnego pałacu. Wszystko choć w ruinie miało swój niezwykły urok.
Podniosła się na tyle by móc zbliżyć się do jego twarzy. Chwyciła w dłonie jego wąską twarz zbliżając ją do swojej. Nie tylko ona miała problem z oddechem. Jego własny też zdradzał, że długo na to czekał. Złożyła na jego ustach czuły i namiętny pocałunek, który miał wylać z niej całą tęsknotę. Nie był jej dłużny. W końcu to on zainicjował ich pierwszy pocałunek. W sposób zupełnie inny niż kiedyś odważnie penetrował językiem jej własny. Jednocześnie głaszcząc jej włosy na głowie leczył je pozostałe rany. Podzielność jego uwagi i troska, z którą ją traktował na nowo rozbudziła w niej dawno utracona radość.
- Zaczekaj – powiedziała cicho odsuwając się od jego ust – Dziękuję, ale to będzie miało słodko gorzki posmak, prawda?
Elf sięgnął ręką po zgubiony kosmyk na jej twarzy, po czym odsunął go z czułością za jej szpiczaste ucho.
- Nic co nas spotyka nie jest jednowymiarowe – odpowiedział – Prawdą jest, że jesteśmy tutaj tylko we dwoję a nasze armie są daleko stąd. Pozwól mi...Vehnan...
- Tak bardzo za Tobą tęskniłam...
Mimo fali szczęścia jaka zalała jej ciało nie mogła powstrzymać gromadzonego przez ten cały czas smutku. Łzy napłynęły jej do oczu spływając szybko po policzku. Patrzył nania tak głęboko, że niemal czuła jak przeszywa jej duszę. Zbliżył się po czym zbliżał z jej policzka samotną krople. Zamknął oczy marszcząc brwi. Wiedziała, że szukał w niej wszystkich tłumiących się w niej uczuć.
- Wybacz Vhenan. To co się stanie nie zmieni przyszłości ludzi. Mogę dać Ci tylko cierpienie. Cierpienie, o które nie prosiłaś, ale ci je dałem.
- To nie była tylko Twoja decyzja. Nie obchodzi mnie nic poza tym, że udało mi się do Ciebie ponownie zbliżyć. Pragnę być blisko, pragnę móc Cie widzieć...dotykać.
Mówiąc to wsunęła rękę pod jego koszule błądząc ręką po umięśnionym torsie. Wbijała w jego skórę paznokcie chcąc móc jak bardziej poczuć jego obecność. Solas nie był jej dłużny. To nie słów szukali tego wieczora. Ponownie pocałował ją tym razem z większym entuzjazmem, chwytając w dłoń jedna z jej piersi. Jęknęła cicho czując jak pieści każdy element jej biustu. Zdjęła mu koszule wyrzucając ją niedbale w kat. Nawet nie zauważyła kiedy jej własną chalka zniknęła, ale wiedziała, że równie dobrze mógł użyć magii. Położyła go na łożu, po czym pochyliła się do jego ciała całując delikatnie usta Nie miał być to jednak pocałunek wyłącznie dla jego warg. Schodziła coraz to niżej, przez obojczyki do torsu by skierować się do podbrzusza. Tym razem sama pozbyła się jego spodni w ten sam sposób, w którym on zdjął z niej chalke. Ujęła go w dłoni i zaczęła pieści go językiem i ustami. Solas wzdychał z rozkoszy szepcząc jej imię. Po chwili odsunął ją napierając na nią tak by oparła się plecami o ramę łoża. Rozchylił jej nogi, powoli metodycznie. Uśmiechnął się zawadiacko na widok jej speszonej twarzy. Miała wrażenie, że tylko bardziej go to rozbudziło. Sunął dłonią od jej stopy, po kolano by w końcu skierować się do wewnętrznej strony ud. Nachylił się liżąc i drażniąc jej skórę blisko łona. Jego druga ręką zajęta była jej piersiami, które umiejętnie masowała i bawiła się sutkami. Gdy tylko poczuła jego język nie była w stanie się powstrzymać przed głośnym westchnięciem. Robił to jakby chciał żeby jej ciało nigdy nie zapomniało jego dotyku. Słał pocałunki od jej łona w górę do piersi. Zatrzymał się na sutkach przygryzając je pieszczotliwie. Nie była już pewna, czy nie zatraca się w jego dotyku i pieszczotach. Pragnęła go w sobie. Jednak Solas nie zamierzał tak szybko zakończyć. Bawił się palcami w jej łonie i mogłaby przysiąc, że używał teraz magii by jeszcze bardziej ja pobudzić.
- Proszę – wyszeptała między narwistymi oddechami.
Nie ruszając się z miejsca podniósł się na kolanach. Chwycił za jej nogi i rozchylając je przysunął do siebie. Wraz z tym ruchem powoli opuściła się w dół będą coraz bliżej jego członka. Zanim w nią wszedł usłyszała jak niemal melodyjnie powtarza jej imię. Wygięła się w pół czując jak w nią napiera. Poczuł opór co zdziwiło go, ale dziewczyna sama zainicjowała głębszy ruch. Skrzywiła się tylko na chwilę by po chwili dać się pochłonąć przyjemności. Solas nachylił się do niej nie ustając w ruchach. Każdy następny był coraz to bardziej intensywniejszy. Oboje pochłonięci napięciem oddychali ciężko oddając się sobie nawzajem. Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale czuła, że dłużej już nie wytrzyma. Jego członek też zdawał się być coraz to twardszy i gorący. W ostatnim akcie doszli wydając z siebie ostatni jęk ulgi. Owinęła wokół niego nogi nie pozwalając mu jeszcze odejść.
- Bądź że mną, jeszcze chwilę...
- Zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz